piątek, 15 listopada 2013


Rozdział 21. Love me love me say that you love me.




Na lotnisku byliśmy ok. 11.30am. Na szczęście nie było na nim fanów, więc w spokoju mogliśmy wsiąść do samolotu i bez żadnych niespodzianek lecieć na następny koncert w Los Angeles. Po koncercie byłam strasznie zmęczona, dlatego jak tylko zajęliśmy miejsca założyłam słuchawki i zasnęłam. Spałam ok. godziny. Spojrzałam przez okno. Z góry wszystko było widać doskonale, tym bardziej że był pięknie oświetlone. Spojrzałam na Justina, spał. Powoli wstałam i poszłam do łazienki. Umyłam ręce i przemyłam twarz, po czym wróciłam na swoje miejsce i przytuliłam się do swojego chłopaka. Już nie zasnęłam tylko czekałam, aż kapitan poinformuje nas o lądowaniu. Powinniśmy wylądować o 12.00am, ale mieliśmy małe opóźnienie, z powodów mi nie wiadomych. Znudził mi się bezczynne siedzenie więc wstałam i weszłam do kabiny pilota. Usiadłam na miejscu obok i zaczęłam rozmowę.
- Kiedy jest przewidziane lądowanie?
- Mieliśmy małe opóźnienie z powodu braku miejsca na lądowanie, na lotnisku w L.A dlatego wylądujemy w Chicago, a z tamtąd Tour Busem pojedziecie na lotnisko w L.A gdzie czekają na was rodzice Justina.- odpowiedział.
- Rodzice?- spytałam zdziwiona. - A z kąd oni się wzięli w Los Angeles?
- Chcą zobaczyć się ze Scooter'em i resztą Bieberteamu.- odparł pilot.
- Aha. Rozumiem, to kiedy wylądujemy?- ponownie zapytałam.
- Za osiem minut góra.
- Ok, czyli mogę budzić chłopków?
- Jasne.
- Dobrze dziękuję.- podziękowałam i wyszłam z kabiny. Idąc w stronę swojego miejsca, zakręciło mi się w głowie i zaczęły plątać mi się nogi, ale zdążyłam jeszcze krzyknąć:
- Justin, wstawaj!
Po tym już nic nie pamiętam.

*JUSTIN POV*
Usłyszałem głos Melody mówiący: "Justin, wstawaj!", ale kiedy otworzyłem oczy nikogo nie widziałem. pomyślałem że mi się coś przyśniło, ale kiedy odruchowo spojrzałem na podłogę, doznałem szoku.
- Melody!- krzyknąłem i chyba obudziłem tym Scootera, bo zerwał się na równe nogi.
- Co się dzieje?- spytał klękając obok mnie.
- Nie wiem, usłyszałem tylko "Justin wstawaj!". Na początku myślałem że mi się przyśniło, po czym spojrzałem odruchowo na podłogę i zobaczyłem ją, leżącą na podłodze.- wyjaśniłem.
- Dobra, idę do pilota, zaraz wracam.- powiedział Scoot.
Scooter poszedł do pilota, a ja w tym czasie próbowałem obudzić Mell. Kiedy Scoot wrócił kazał mi usiąść i zapiąć pasy bo mieliśmy lądować. Podniosłem Melli i posadziłem na fotelu obok i zapiąłem jej pasy, po czym to samo zrobiłem ze sobą. Podczas lądowania, wciąż próbowałem ją obudzić. W końcu udało się. Zaczęła się ruszać i otworzyłam oczy. Byłem szczęśliwy, że nic jej nie jest.

*MELODY POV*
Kiedy się obudziłam byłam w objęciach Justina.
- Co się stało?- spytałam,
- Zemdlałaś.- odparł Jus.
- Aha. Ała, strasznie boli mnie głowa.- powiedziałam.
- Zaraz wysiądziemy z samolotu i pojedziemy do szpitala.- powiedział.
- Okej.- odparłam.
-Wysiadamyyyy!- krzyknął Scooter
Justin wstał pierwszy i ruszył w stronę wyjścia. Ja zaraz za nim, ale głowa tak mnie bolała że prawie znów wylądowałabym na podłodze, gdyby nie Scooter, który stał za mną. Pomógł mi wysiąść z samolotu, a zaraz potem przejął mnie Justin. Chwilę później wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy. Jakieś pół godziny jazdy zaciekawiona czemu nie ma z nami Jazzy i Jaxona spytałam:
- Gdzie są dzieciaki?
- Zostali w Stratford z dziadkami.- odparła Pattie.
- Rozumiem.
Piętnaście minut później byliśmy na miejscu. Justin i ja weszliśmy do środka, a Pattie i Jeremy pojechali poszukać miejsca do zaparkowania wozu.
- Dobry wieczór, czy jest jakiś wolny lekarz? Pilne!- spytał Justin recepcjonistkę.
- Niestety nie, a co się dzieje?- zapytała kobieta.
- Okropnie boli ją głowa, a do tego zemdlała już 2 raz. Kiedy to się zdarzyło po raz pierwszy, udaliśmy się do lekarza, ale on powiedział że to z przemęczenia.- wyjaśnił.
- Aha. Rozumiem. Zobaczę co da się zrobić.- odpowiedziała recepcjonistka, po czym udała się do jakiegoś pomieszczenia.
Znów zaczęło mi się kręcić w głowie, i nie pamiętam co działo się dalej. Ocknęłam się będąc już na sali. Lekarz zbadał mnie po czym wyszedł z sali, a za niego wszedł Justin z Pattie i Jeremym. Chwilę porozmawialiśmy, a następnie Patt i Jeremy wyszli. Zostaliśmy sami z Justinem.
- Jak się czujesz? Nic cię nie boli?- spytał. Na jego twarzy widziałam smutek.
- Tak, czuję się dobrze i nic mnie nie boli.- odparłam.
Nie chciałam żeby Justin był smutny więc powiedziałam:
- Pamiętasz jak w kawiarni rozmasowałeś lody czekoladowe na mojej sukience, a potem tarłeś tą plamę serwetką, bo chciałeś ją zetrzeć, a jeszcze bardziej roztarłeś ją po jej powierzchni?
- Tak.- przytaknął.
- Ej, uśmiechnij się. Proszę, nie chcę żebyś był smutny.
- Nie potrafię. Za bardzo się o ciebie boję. Jesteś dla mnie wszystkim, moim całym życiem, całym światem, moją gwiazdą na niebie. Kocham Cię najbardziej na świecie, jesteś moją księżniczką.
Kiedy to wszystko powiedział mocno się wzruszyłam, bo po raz pierwszy chłopak powiedział mi tak prawdziwe i wzruszające wyznanie. Rzuciłam się mu na szyję, wtuliłam twarz w ramię i momętalnie poczułam łzy spływające po mojej twarzy.
- Dziękuję.- jęknęłam.
- Nie ma za co. Powiedziałem całą prawdę i to co czuję.- powiedział.
- Nikt jeszcze nigdy nie powiedział mi czegoś tak pięknego. Zazwyczaj słyszałam tylko "Kocham cię" i nic więcej.
Justin już nic więcej nie powiedział, ale uśmiechnął się szeroko i delikatnie pocałował.
- Cieszę się, że cię mam.- powiedziałam.
- Me too.- odpowiedział.
Po chwili do pokoju wszedł lekarz z wynikami badań. Na jego twarzy widniał uśmiech. Justin wstał z łóżka i podszedł do doktora.
- I jak doktorze! Co jej jest?- dopytywał.
- Zrobiliśmy wszystkie niezbędne badania, i ich wyniki wykazały, że to wszystko dzieje się ze zmęczenia. Ale proszę się nie martwić, to chwilowe. Za jakiś miesiąc objawy ustąpią i wszystko będzie dobrze, ale teraz proszę się tak nie przemęczać i stresować.- wyjaśnił lekarz.
- Dobrze, dziękujemy. Czyli możemy jechać już do domu?- spytał Justin.
- Tak, oczywiście.
- Dobrze, więc jeszcze raz bardzo dziękujemy i do zobaczenia.- powiedziałam.
- Dziękuję, i polecam się na przyszłość.- zaśmiał się lekarz.
Pożegnaliśmy się i wyszliśmy z pokoju, po czym ze szpitala. Pod wejściem czekał Jeremy. Wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy. Dojechaliśmy na lotnisko i przesiedliśmy się do Tour Busa. Zaraz po wejściu do środka, rzuciłam torebkę na fotel, zdjęłam buty i położyłam się na łóżku. Chwilę później wylądował na mnie Justin. Patrzył mi głęboko w oczy.
- Co jest?- zapytałam.
- Nic.- odparł.
- Jak nic? To po co się tak we mnie wpatrujesz?
- Bo masz śliczne oczy. Takie brązowe, cudne. Z resztą tak samo piękne jak cała ty.
- Hahaha się uśmiałam! Ja piękna? Błagam cię Justin!
- Nie mów tak, nie pozwalam ci. Jesteś moim aniołem. Pięknym aniołem. Jane?
- Hahaha no dobra.- zaśmiałam się i pocałowałam go, tak jak lubi.
- I to mi się podoba!- powiedział.
- Lol?! Złaź już ze mne, chce mi się spać.
- Okej, dobranoc aniołku.- powiedział i położył się na swoim łóżku.
Jeremy obudził nas ok.8.30pm.
- Jesteśmy na miejscu, ruszajcie się i szybko do hotelu, póki nie ma tłumu fanów.- wydał rozkaz.
- O nie! Jeszcze 5 minut proszę cię no!- wymamrotałam i zakryłam twarz poduszką.
- ...- Justin wymamrotał coś pod nosem i zrobił to samo co ja.
- Oj no proszę was no. To tylko kilka kroków i zaraz znowu będziecie mogli się położyć i przespać.
- Psss... Justin!
- Emm...co?
- Idziemy?- spytałam dyskretnie.
- Ehh...no dobra.- odparł.
Oboje wstaliśmy i ubraliśmy się. Zabrałam torebkę i wyszłam z busa. Zaraz za mną wyszedł Justin i Jeremy. Złapałam Jusa za rękę i pociągnęłam w stronę wejścia. Podeszliśmy do recepcji. Zza lady wychyliła się młoda kobieta.Justin jak to facet, zaczął się ślinić na jej widok. Kopnęłam go w kostkę i jak gdyby nigdy nic podałam imię i nazwisko, na które zarezerwowany był nasz pokój.
- Ah tak, pan Bieber.- powiedziała recepcjonistka i podała nam klucz od pokoju.- miłego pobytu życzę.
Justin pociągnął mnie za rękę i ruszyliśmy w stronę schodów. Otworzyłam drzwi i weszliśmy do środka. Położyłam swoje rzeczy na fotelu, po czym poszłam do wziąć prysznic. Po kąpieli owinęłam się ręcznikiem i wyszłam z łazienki. Zaczęłam przeszukiwać swoją torbę, w poszukiwaniu czegoś do ubrania. Momentalnie wylądowałam na łóżku.
- Justin! Co ty odwalasz, co? Idź ty się lepiej naszykuj bo niedługo wychodzimy.
- Za chwilę, mamy jeszcze godzinkę.
- Yyy... no właśnie, godzinę. Tyle czasu zajmie nam przygotowanie się do koncertu, głupolu.- powiedziałam.
- No dobra.- odparł.
Puścił mnie i poszedł, a ja ponownie dopadłam do torby z ubraniami. Nie wiedziałam co mam na siebie włożyć.
- Bożeee... nie wytrzymam za moment.- pomyślałam.- Aha! To jest to.
Z torby wyjęłam czarną sukienkę do kolan, z prześwitującą koronką na plecach. Moja druga ulubiona sukienka, zaraz po tej zniszczonej miesiąc temu. Wysuszyłam włosy, po czym uczesałam je w kok. Założyłam sukienkę, czarne szpilki z białą platformą, srebrny łańcuszek od Ann oraz srebrną bransoletkę od mamy.
- Jestem gotowa!- krzyknęłam
- Ja również.- odpowiedział Justin wychodząc z sypialni.- Ooo... pięknie wyglądasz. Jeszcze cię nie widziałem w tej sukience, kochanie.- podszedł do mnie i objął mnie w pasie, a ja splotłam ręce na jego szyi.
- Haha. Widzisz? Mam jeszcze kilka rzeczy, w których mnie nie widziałeś.- powiedziałam.
- To koniecznie muszę je zobaczyć.- zaśmiał się i delikatnie mnie pocałował.
- Napewno zobaczysz.- odparłam- A teraz chodź bo się spóźnimy.
- Okej.
Złapałam torebkę w rękę i wyszłam z pokoju.
- Justin, chorobcia idziesz czy nie?
- Idę, idę spokojnie.
W końcu mogliśmy udać się do czekającego na nas Tour Busa. Wsiedliśmy do środka, ale zaraz potem musiałam z niego wysiąść bo Pattie mnie o to poprosiła.
- O co chodzi?- spytałam.
- Melody, słuchaj, bo mam taką nie typową prośbę.
- Słucham.
- Wiem, że zależało ci na byciu na tym koncercie Justina, ale ja zaraz mam spotkanie, bardzo dla mnie ważne, a nie mam z kim dzieciaków zostawić. Babcia i dziadek się rozchorowali, Jeremy i Justin będą na koncercie, a ja mam to spotkanie, więc pomyślałam że ty mogłabyś się nimi zająć.
- Eee... no nie wiem.
- Proszę cię Meli, wynagrodzę ci to obiecuję, tylko zrób to dla mnie.
- Jejku, no dobrze ale co na to wszystko Justin?
- Załatwię z nim to, a ty wsiadaj do auta, Kenny zawiezie cię do naszego domu.
- Dobrze.- odparłam i wsiadłam do samochodu.
Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Podziękowałam Kenny'emu, i weszłam do domu. Nie zdążyłam zdjąć butów, a koło mnie już biegały dwa urwisy.
- Cześć, co tam?- spytałam
- Joł bejbe!- przywitał się Jaxon.
- Siemanko Mell!- powiedziała Jazzy.
Zdjęłam buty i weszłam dalej. Usiadłam na sofie. Obok mnie zaraz znalazły się dzieci. Jazzmyn włączyła telewizor, a Jaxon objął mnie swoim małym ramionkiem. To było takie zabawne. Zabrałam jego rączkę, i to ja go objęłam. Jazzy chyba poczuła się zazdrosna, bo również chciała, żebym ją przytuliła. Oglądaliśmy w spokoju telewizję, kiedy przyszedł sms. Odczytałam wiadomość.

Od: Nieznany
Siedzisz sama, bez swojego kochasia, który jest wiele kilometrów od ciebie. Tylko ty i małe dzieci. Jesteś taka bezbronna.

Przewróciłam oczami i odłożyłam telefon. Spojrzałam na dzieci. Spały. Wstałam i poszłam do kuchni. Nalałam sobie soku do szklanki i wróciłam do pokoju. Usiadłam w fotelu. Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Przeczuwałam że coś się stanie. Wstałam i podeszłam do okna. Przed domem stał czarny Van. Po rejestracji poznałam, że to ten sam, który jechał za nami miesiąc albo dwa temu. Wystraszona, obudziłam dzieciaki, wzięłam telefon i pobiegliśmy na górę. Schowaliśmy się w pokoju Jaxona. Ponownie spojrzałam przez okno. Ten samochód chyba nie miał zamiaru odjechać. Wybrałam numer do Kenny'ego i zadzwoniłam.
- Halo?- odezwał się głos w słuchawce.
- Hej, Kenny to ja Melody.- przywitałam się.
- Co się dzieje?- spytał.
- Mam ogromną prośbę, mógłbyś tu przyjechać?
- No pewnie, ale o co chodzi?- dopytywał.
- Przed domem stoi czarny samochód, ten sam który w wakacje śledził mnie i Justina.
- Okej, zaraz będę, a ty w tym czasie nie wychodź z domu. Rób tak jak byś nie miała pojęcia że to auto jest pod domem, jasne?
- Pewnie.- odparłam i rozłączyłam się.
Schowałam telefon do torebki i spojrzałam na dzieciaki. Były zdezorientowane.
- Co się dzieje Melli?- spytała Jazzmyn.
- Nic takiego, zaraz przyjedzie Kenny i pojedziemy do Justina, ok?
- Jeeeeah- krzyknęło zgodnie rodzeństwo.
- Okej, to ja i Jazzy idziemy spakować potrzebne rzeczy, a do ciebie zaraz wrócę, dobrze?
- Okej, a mogę wziąć misia?- spytał Jaxon.
- Pewnie.- uśmiechnęłam się, pogłaskałam go po głowie i wyszłam z pokoju.
Jazzy, była już spakowana. Jaxon również więc zeszliśmy na dół. Spojrzałam przed okno. Kenny już był pod domem. Wyszliśmy więc z domu i wsiedliśmy do auta. Odjechaliśmy jak gdyby nigdy nic, ale czarny Van nie dawał za wygraną i ruszył za nami.








































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz